Drugiego października odszedł od nas przyjaciel, wspaniały malarz, pełen życia, dobry i bardzo pogodny człowiek – Georgij Safronow. Niektóre nekrologi zwykle donoszą: „po długiej i ciężkiej chorobie”. Ale to nie jest nekrolog, bo sam Georgij nigdy się nie oszczędzał, pracował więcej niż wielu jego zdrowych kolegów po fachu. Do ostatnich chwil jeździł po świecie z wystawami, odwiedzał przyjaciół i wykonywał zamówienia. W jego mieszkaniu tak i zostały trzy niedokończone obrazy – malował do ostatniej chwili…
Wspomina go Siergiej SERGE, malarz:
– Z Georgijem albo Goszą, jak wołali na niego przyjaciele, znaliśmy się około dwudziestu lat. I mimo tego, że mieszkaliśmy w różnych miastach, on w Katowicach, a ja w Warszawie, zawsze odczuwaliśmy zażyłą, przyjacielską więź: jeździliśmy do siebie w gości, odwiedzaliśmy się w szpitalu, chadzaliśmy na wystawy. Łączyło nas to, że byliśmy rówieśnikami, pochodziliśmy obaj z Rosji, wcześniej mieszkaliśmy w Moskwie, w mieście, które tak i pozostało nam obu ulubione na zawsze.
Obaj skończyliśmy akademie artystyczne i poważaliśmy tych samych współczesnych malarzy, mieliśmy wspólnych przyjaciół i znajomych należących do świata sztuki. Dzięki Internetowi mieliśmy z Goszą możliwość zaznajamiać się nawzajem ze swoimi nowymi pracami, przyjmując do serca zdanie i ocenę na ich temat. Braliśmy udział w otwarciu naszych wystaw, pomagaliśmy sobie w ich organizacji i przeprowadzaniu. Zawsze zachwycała mnie jego pracowitość. Otwierając w listopadzie 2012 roku wystawę Georgija, która była częścią cyklu wystaw rosyjskich malarzy mieszkających w Polsce, postarałem się dołożyć maksimum artystycznych i kuratorskich starań, by donieść do wielbicieli szkoły rosyjskiego malarstwa wyjątkowy styl jego kreacji i rzadki talent. Wystawę zaliczono do bardzo udanych i po niej zaprzyjaźniliśmy się z Georgijem na dobre.
Każda wystawa, włączając te które zdobiły majestatyczne sale Ambasady Rosji w Warszawie, była świętem dla czcicieli jego talentu. W żaden sposób mi się to nie układa w głowie, że już nigdy nie zobaczę się z nim ani w Warszawie, ani w Katowicach, gdzie prawdopodobnie znało go całe miasto, czciło i lubiło. Jakąż to było przyjemnością chodzić z nim po jego ulicach, gdzie co drugi przechodzień go witał, a wiecznie młody i dostojny Gosza kłaniał się, i szarmancko podnosił z głowy, pasujący mu do twarzy kapelusz. Nie bacząc na ciężką chorobę zawsze pozostawał niezwykle barwnym, elegancko ubranym i nosił niezmiennie przyjazny uśmiech, tak pięknie ozdabiający jego twarz. Niedługo przed swoim odejściem przyjechał do Warszawy. Według wytworzonej pomiędzy nami tradycji przywitałem go na dworcu, poszliśmy do kawiarni, gdzie rozmawialiśmy o wszystkim: naszych rodzinach, sztuce, polityce, sporo żartowaliśmy.
Swoim umysłem pojmuję, że nigdy więcej Goszy już nie spotkam, ale serce odmawia wiary w ten fakt. Myślę, że podobne uczucia ogarniają serca wszystkich przyjaciół i dużej grupy czcicieli jego talentu, którzy opłakiwali jego przedwczesne odejście podczas ostatniego pożegnania. Dla wszystkich nas stał się po prostu bliskim człowiekiem… Dziękuję Ci za przyjaźń, talent, twoją dobroć, mój drogi przyjacielu i sprzymierzeńcu – Mistrzu Gosza.
Irina KORNILCEWA, dziennikarz:
– Na pytanie, czy lubię malarstwo zwykle odpowiadam, że tak, interesuje mnie ono, ale bardziej lubię samych malarzy – prawdziwych przybyszy z obcych planet na tym grzesznym padole. Zawsze mi się wydawało, że są wysłani do nas z kosmosu, żebyśmy ujrzeli wreszcie piękno, które nas otacza. Georgij Safronow był jednym z nich. Któregoś razu zobaczywszy jego obrazy, a potem spotkawszy go, zrozumiałam jak wielkie szczęście znów mi się przydarzyło… Bo Gosza – to chodząca encyklopedia kultury, posiadacz wykwintnych manier, niezwykłego uroku, blasku i ogromnej siły woli, człowiek. Właśnie ona dawała mu szansę przeżyć rok, potem kolejny i jeszcze jeden… A za tym wszystkim stały bardzo ciężkie operacje, każda dająca 10% szans na przeżycie, ale za każdym razem trafiał właśnie w te 10%. Za tym stała też pełna utrata czucia w prawej ręce, ale to go też nie złamało, bo nauczył się malować lewą. W tych okresach, kiedy malowanie stawało się całkowicie niemożliwe, brał do ręki aparat fotograficzny i w swoich zdjęciach odzwierciedlał to samo, ulotne piękno naszego świata, które potrafił dostrzegać tylko on sam i szczodrze się z nami nim dzielić.
Był uczestnikiem nie jednego dziesiątka wystaw na całym świecie, ale o żadnej z nich nie marzył w przeciągu trzydziestu lat nieobecności w rodzinnym mieście tak, jak o wystawie w Moskwie. Marzył najmocniej o tym by na tę wystawę zaprosić swoją rodzinę, z którą nie widział się przez te wszystkie lata. Czasem żartował, że będzie żył dopóty, dopóki nie zobaczy Moskwy znów. To było wręcz obsesyjne. We wrześniu jego marzenie się zrealizowało! Na otwarcie wystawy Georgija Safronowa, które odbyło się w centrum Moskwy, przyszły dziesiątki wielbicieli malarstwa, ale wśród nich najdroższy gość – siostra Tatiana. Nikogo poza nią z rodziny już nie zostało. Jako jego przyjaciele, dostawaliśmy codziennie z Moskwy dziesiątki zdjęć – radość sączyła się z każdego z nich. Dokonał tego pomimo wszystko! A po dwóch tygodniach nas opuścił…
Aleksander YASIN, malarz:
Georgija Safronowa poznałem we wrześniu, tuż przed wyjazdem do Moskwy na wystawę malarzy mieszkających w Polsce. Tak się złożyło, że zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu i następnego dnia lecieliśmy tym samym rejsem do Moskwy. Wieczorem spotkaliśmy się w jego pokoju, w którym Georgij pokazał mi katalog zawierający jego prace i opowiedział mi o swojej niełatwej drodze twórczej. Wielu rzeczy prosił nikomu nie zdradzać, gdyż uważał je za zbyt osobiste. W jakimś momencie zdawało mi się, że chciał się podzielić czymś najskrytszym. Pamiętam z jak wielkim bólem wspominał pożar własnej pracowni, z dużą ilością obrazów. Powiedział mi wtedy: „Sasza, czy Ty to sobie wyobrażasz? Oni, razem z moimi obrazami zniszczyli 15 lat mojego życia”. Podkreślił, że po tym zdarzeniu jego zdrowie mocno się zachwiało. W chwili naszego spotkania już był bardzo schorowany. Wstrząsnęło mną jedno jego zdanie: „Sasza, to jest koniec. Ja umieram”. Rozumiałem, że przede mną siedzi chory człowiek, ale na umierającego nie wyglądał. Ciągle żartował i nawet w trakcie naszej rozmowy cały czas szkicował coś w notatniku. Zdradził, że w takich chwilach zapomina o chorobie. Zaprosił mnie do swojej pracowni. Wydawało mi się wtedy, że zostało mu mnóstwo czasu i że jeszcze wszystko zdążymy.
Po przejściu kilku godzin wspólnego obcowania wydawało mi się, że znamy się już wiele, wiele lat. Taki był Gosza, tak zwracali się do niego przyjaciele, których miał mnóstwo. Jego prace przyciągały wielu ludzi, a jego uroku i serdeczności nie sposób było zapomnieć. Wciąż nie miałem dość rozmów z nim, ale było widać, że stawał się bardzo zmęczony.
W Moskwie spotkaliśmy się już tylko na wystawie. Wracałem do Warszawy dzień wcześniej niż on. Po swoim powrocie cały czas myślałem o naszym spotkaniu, losie Goszy i jego niełatwym życiu. Wiele, bardzo wiele nas łączyło. Cały czas zbierałem się by do niego zadzwonić. Myślałem, że zakończę swoje sprawy i zadzwonię. Ale nie zdążyłem. Wieść o jego odejściu wstrząsnęła wieloma ludźmi. Wtedy zrozumiałem, że ten wyjazd był ostatnim jego pożegnaniem z Moskwą, ze swoją rodziną i bliskimi.
Z pewnością w jego pracowni został niedokończony obraz… Niech tam pozostanie na sztaludze, tak jakby on po prostu wyszedł w plener.
Tłumaczenie Ion MELNIC
Oryginalna wersja została opublikowana
w języku rosyjskim w czasopiśmie Европа.RU 109/2019

